„Improwizacja daje mi oddech…”

Z Aliną Mleczko, jedną z nielicznych reprezentantek w świecie muzyków-saksofonistów, rozmawiamy o muzycznych inspiracjach, improwizacjach i znajomości z Jerzym Derflem.

 

 

 

 

 

 

 

Saksofon to oryginalny wybór instrumentu jak na kobietę. Dlaczego zdecydowała się Pani na ten instrument?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna… (śmiech). Jako skrzypaczka w liceum muzycznym Im. Karola Szymanowskiego w Katowicach znalazłam się w klasie, w której było wielu bardzo dobrych skrzypków. W ogóle wielu świetnych muzyków to absolwenci tej szkoły. Marzyłam o tym, żeby się w niej znaleźć – co się udało. Ale szybko, już jako nastolatka,  zorientowałam się, że konkurencję mam bardzo silną. Nadarzyła się jednak okazja, żeby zacząć grać na saksofonie jako na dodatkowym instrumencie - i troszkę intuicyjnie, bez większych planów, postanowiłam spróbować. Wtedy jeszcze nie miałam jasno sprecyzowanej wizji swojej przyszłości -  nie można jej mieć gdy się ma 14 lat. Grałam oczywiście dalej równolegle na skrzypcach. Dostałam mnóstwo bardzo obciążających zadań na saksofon, musiałam dużo ćwiczyć, co zweryfikowało pracę nad grą na skrzypcach i w naturalny sposób z nich zrezygnowałam. Wybrałam saksofon i tak już zostało.

Pomimo klasycznego wykształcenia, nie gra Pani tylko klasyki, ale też jazz czy muzykę etniczną.

Od zawsze słuchałam bardzo różnej muzyki, w tym jazzu. Będąc nastolatką, słuchałam klasyki, jazzu i muzyki współczesnej ale także rocka, który wówczas w Polsce przezywał prawdziwy rozkwit. Jazz nie jest więc mi obcy w sensie znajomości tej muzyki, ale sama nie gram typowego jazzu, mówiąc dokładnie, nie wpisuję się w nurt stricte jazzowy. Nigdy nie uczyłam się jazzowego warsztatu. Dlatego mówię że nie gram  jazzu, ale z całą pewnością próbuję improwizacji i to już od dawna. Pomagają mi w tym wytrawni jazzowi muzycy. Już wiele lat temu miałam wielką przyjemność grać z pianistą Włodkiem Pawlikiem, który jest dziś zdobywcą nagrody Grammy. Niewiele po moich studiach graliśmy wspólne recitale i mieliśmy program, w który były i elementy improwizacji. Nasza współpraca zaczęła się od Warsztatów dla młodych kompozytorów w Radziejowicach. Byłam wykładowcą w jednej z edycji i zaprosiłam między innymi Włodka. Zagraliśmy wspólny koncert pod koniec tych warsztatów, w trakcie którego pojawiały się właśnie elementy typowo jazzowe. Także zaczęłam improwizować dość wcześnie. Później zdobywałam doświadczenie z muzyką współczesną dzięki współpracy z Pawłem Mykietynem, który często zostawiał muzykom pole do improwizacji w muzyce teatralnej. Potem rozpoczął się już okres współpracy z muzykami etno, z muzyką świata, co mnie jeszcze bardziej otworzyło na improwizację. Ostatnie lata to już praca z muzykiem z Gambii, który mieszka w Polsce. Często organizujemy wspólne koncerty. Także jest to dla mnie  pewna odmiana, poza koncertami w salach filharmonijnych, poza prawykonaniami wspaniałych kompozytorów. To improwizacja i współpraca z muzykami z innego kręgu daje mi oddech. Mam poczucie, że rozwijam się, znajduję przestrzeń w bardzo zdyscyplinowanym świecie muzyki klasycznej.

Współpraca z którym artystą dała Pani najwięcej radości, pozwoliła się rozwinąć?

Hmm, to są różne umiejętności, zadała Pani dwa całkiem różne pytania (śmiech). Nowe umiejętności trzeba zdobywać cały czas. Każdy kolejny utwór to jakieś nowe wyzwanie. Jeśli gram muzykę współczesną, a szczególnie prawykonania, to zawsze wiąże się z dużą pracą.  Daje mi to wielką radość kiedy już stoję na scenie. Ogromnym wyzwaniem i wyróżnieniem  było dla mnie ostatnie prawykonanie, które grałam z NOSPR w Katowicach, w ich sali. To genialna orkiestra i miałam okazję wykonywać świetny utwór Dariusza Przybylskiego. Występ z muzykami, którzy „grają bez nut” jest zupełnie inną przyjemnością i kto wie czy właśnie taka forma nie gra mi głęboko w duszy, choć trochę się jeszcze tej improwizacji obawiam. Trzeba mieć przecież ogromny zasób inwencji twórczej, ale też znakomity warsztat, jeśli wychodzi się na scenę aby wykonać improwizowany koncert. Trzeba zbierać doświadczenia artystyczne przez dłuższy czas żeby móc w takich wydarzeniach uczestniczyć. Także to jest nie do porównania. Jedna i druga dziedzina dają ogromną radość i satysfakcję, dlatego trudno wybrać lepszą.

Czasem taka muzyczna współpraca przekłada się nie tylko na nowe, inspirujące znajomości muzyczne, ale nawet na… dedykowane Pani utwory jak choćby w przypadku Sonaty, Derfla, którą zagra Pani w  Elblągu, prawda?

Tak, z Jerzym Derflem poznaliśmy się wcześniej. Grałam wtedy sporo z kwartetem Arundo z Tytusem Wojnowiczem, Leszkiem Wachnikiem na fagocie i Romualdem Gołębiowskim na klarnecie. I na ten kwartet kompozytor napisał nam kilka utworów, bo to nietypowy skład: obój, saksofon, fagot, klarnet i stąd nasza znajomość. Spotkaliśmy się na gruncie muzyki kameralnej a Derfel sam, z własnej nieprzymuszonej woli (śmiech), postanowił napisać dla mnie coś większego i powstała sonata na saksofon altowy i orkiestrę. To forma dość nietypowa. Derfel jest dojrzałym kompozytorem muzyki filmowej, teatralnej. Twórcą piosenek dla naszej sceny rozrywkowej. Niczego nie udaje w swoich kompozycjach. W Sonacie też zachowuje swój niepowtarzalny styl. Jest to zwarta, przyjemna, trzyczęściowa forma z powolną II częścią i bardzo przyjemnym, wirtuozowskim finałem. To utwór z 2009 roku, ale nie ma cech muzyki współczesnej, awangardowej. To neoklasyczna forma. Jerzy jest znany ze ścieżek filmowych. W Sonacie na saksofon altowy i kwintet smyczkowy  również pobrzmiewa taki wątek, który może nam się kojarzyć z tematem z pewnego serialu. Państwo domyślą się z jakiego, gdy wówczas go usłyszą.

Dziękujemy za rozmowę!

 

EOK